Mobbing w policji?

W Białymstoku inspektorzy z wydziału kontroli podlaskiej komendy policji sprawdzają, czy naczelnik wydziału kryminalnego mobbingował jednego ze swoich pracowników.

Sprawa bardzo jest enigmatyczna. Podinsp. Jacek Dobrzyński rzecznik podlaskiego komendanta policji stwierdził, że do wydziału kontroli wpłynęła skarga policjanta, który "ma żal i pretensje do przełożonego dotyczące jego zachowania". W białostockiej komendzie miejskiej (gdzie obaj funkcjonariusze pracują) gazeta dowiedziała się, że owszem taka sprawa jest, ale nic o niej nie można powiedzieć.

- Jest jeszcze za wcześnie, by mówić o wyciąganiu jakichś konsekwencji. Trzeba zaczekać, aż zakończy się dochodzenie w tej sprawie - mówi kom. Dariusz Kędzior z białostockiej komendy.

Z ustaleń nieoficjalnych gazety wynika, że naczelnik miał dręczyć jednego z doświadczonych policjantów zajmujących się zwalczaniem przestępczości narkotykowej. Polegało to na przydzielaniu mu dużej ilości zadań, których nie dało się załatwić w normalnym czasie pracy, konieczna była praca po godzinach, a potem skrupulatnym ich rozliczaniu i wytykaniu najdrobniejszych uchybień. Do tego na policjanta naczelnik wywierał ciągłą presję i wywoływał stresujące sytuacje. W efekcie doprowadził go do rozstroju nerwowego. Niedawno policjant potrzebował w komendzie pomocy medycznej - wezwano karetkę pogotowia.

To nie jest pierwszy przypadek, kiedy białostoccy funkcjonariusze zgłaszają swoim przełożonym fakt mobbingu. Jednak nigdy szefowie policji nie przyznali się, że takie zjawisko występuje w ich komendach. Dlatego przed sądem dwóch policjantów walczy już o odszkodowania. To precedens w Polsce.

Do tej pory takie pozwy zawsze były odrzucane. Sędziowie tłumaczyli, iż funkcjonariusze nie mogą dochodzić swoich praw przed sądami powszechnymi, bo obowiązuje ich ustawa o policji, a nie kodeks pracy. Tylko, że w ustawie o policji nie występuje pojęcie mobbingu. Za to zgodnie z nią wszelkie spory mają być rozstrzygane wewnątrz resortu, a sędzią jest komendant jednostki.

Policjanci z Białegostoku uparli się i odwoływali się od każdej decyzji o odrzuceniu ich pozwów. W rezultacie sprawa dotarła przed Sąd Najwyższy. Tam stwierdzono, że policjanci muszą mieć prawo pozwać swoich przełożonych przed sąd.

W zeszłym roku jesienią podczas interwencji mundurowych przy ulicy Skłodowskiej jeden z policjantów zasłabł. Niezbędne okazało się wezwanie karetki. Tak wygląda wersja oficjalna policji. W rzeczywistości policjant od dłuższego czasu zmuszany był do pracy po godzinach. Feralnego dnia, choć i tak pracował już w nadgodzinach, przełożony krzykiem i różnymi groźbami zmuszał go do realizacji kolejnych zadań. Z powodu przewlekłego stresu policjant doznał chwilowego paraliżu ciała i zaniku świadomości. Karetką przewieziono go do szpitala, gdzie konieczne okazało się dalsze leczenie. Nikt nie wyciągnął konsekwencji wobec przełożonego nękającego swojego podwładnego.

dodany 2008-08-12 08:25 przez lenka

źródło: gazeta.pl

Komentarze:

Nie ma żadnych komentarzy.