Widmo bankructwa w pogotowiu

Pogotowie białostockie brało pieniądze za to, że będzie strzegło życia i zdrowia pacjentów w małych miejscowościach Podlasia. niestety tego nie robiło. - to wynik kontroli, jaką przeprowadził Narodowy Fundusz Zdrowia. Efekt? Stacja musi zwrócić funduszowi pieniądze i dodatkowo zapłacić karę. Zmarnowała blisko dwa miliony złotych

niedawno zakończyła się kontrola, a dotyczyła głównie pierwszej połowy 2007 roku Wówczas szefem stacji był Ryszard Wiśniewski. Został odwołany ze stanowiska w lipcu ubiegłego roku. Zastąpił go Krzysztof Rembeliński, prawnik z NFZ. To on musi teraz zapłacić za błędy minionej epoki.

- Dziś, kiedy czeka nas zakup nowego sprzętu, nowych karetek i nieustanne żądania płacowe, musimy zapłacić takie pieniądze! Dla nas to realna groźba utraty płynności finansowej - nie ma najmniejszej wątpliwości Jan Mirucki, rzecznik prasowy pogotowia. - Musimy ponieść konsekwencje złych działań naszego poprzednika.

Mirucki ocenia że, dwa mln. zł. to pięć procent rocznego budżetu placówki, to równowartość pięciu nowych, dobrej jakości ambulansów i dziewięcioprocentowej podwyżki.

Jednoznacznie wynika z protokołu pokontrolnego NFZ, że za czasów Wiśniewskiego w kilku przypadkach karetki nie stacjonowały w miejscach, które były sprecyzowane w umowach.

- Na przykład w Czarnej Białostockiej, Kobylinie - Borzymach, Brańsku i Krynkach karetki wypadkowe powinny stacjonować całą dobę, natomiast od stycznia do sierpnia 2007 r. były tam wyłącznie w niedziele i święta oraz w dni powszednie w nocy. W Białymstoku przez pół roku 2007 nie jeździła jedna z pięciu zakontraktowanych przez NFZ karetek reanimacyjnych. W Zabłudowie karetka reanimacyjna powinna stacjonować całą dobę, ale przez trzy miesiące 2007 r. zamiast karetki reanimacyjnej stacjonowała tam karetka wypadkowa. Dodatkowo stacjonowała ona wyłącznie w niedziele i święta oraz w dni powszednie - w nocy. Od poniedziałku do piątku przez ponad pół roku w Zabłudowie nie było żadnej karetki - wylicza jednym tchem gazecie dyrektor do spraw medycznych w białostockim NFZ Grzegorz Łojewski.

Dodaje, że podobne nieprawidłowości zostały wykryte w Bielsku Podlaskim.

- Pogotowie przez cały czas pobierało pieniądze, choć we wskazanych miejscach karetek nie było. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że białostocka stacja musi zwrócić pieniądze. Wartość tej kwoty, nie jest jeszcze ostateczna. Pogotowiu przysługuje bowiem prawo złożenia zastrzeżeń do wystąpienia pokontrolnego - ciągnie Łojewski.

Były dyrektor tłumaczył się już przed białostocką prokuraturą. Nie usłyszał żadnych zarzutów i nic nie wskazuje na to, że je usłyszy.

- To było jasne od samego początku. Szukali na mnie haka i znaleźli. Tylko zarzuty funduszu są tak absurdalne, że nawet komentować ich się nie chce: że karetka miała stać w jednej miejscowości... Ale ona w tym czasie jeździła i ratowała życie innym. Tak, to były moje decyzje, które podejmowałem przy akceptacji funduszu - przyznaje gazecie Ryszard Wiśniewski. - Na przykład w Kobylinie-Borzymach erka statystycznie wyjeżdżała raz na dobę, czasem raz na dwie doby. Kiedy była potrzebna gdzie indziej, podejmowałem decyzję o jej wyjeździe. Za to chciano urwać mi głowę? Jeżeli mój następca zapłaci karę i nie będzie się starał obalić tych absurdów, to tylko sam siebie pogrąży.

Prokuratura nie zakończyła jeszcze postępowania w sprawie Wiśniewskiego, choć przesłuchani zostali już wszyscy świadkowie.

- Nikt nie usłyszał zarzutów i nie wiadomo, czy ktokolwiek je usłyszy - poinformował Marek Winnicki z Prokuratury Rejonowej w Białymstoku.

O problemach finansowych, które czekają białostockie pogotowie, już wie Bogusław Dębski, wicemarszałek województwa, odpowiedzialny za służbę zdrowia.

- Niestety. Zapłacić będzie trzeba, choć nowy dyrektor niczemu nie jest winien. Wręcz przeciwnie, starał się naprawić te wszystkie nieprawidłowości - powiedział Dębski.

Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że właśnie teraz ważą się losy dyrektora Rembelińskiego. Za niespełna dwa tygodnie zarząd województwa ma podjąć decyzję w sprawie jego dowołania. Marszałek Jarosław Dworzański już zasugerował, że powinien stracić stanowisko, bo przez ponad rok nie potrafił dogadać się z załogą. Innego zdania są rada społeczna pogotowia i sejmikowa komisja zdrowia. Obie formacje pozytywnie oceniły roczną pracę dyrektora. Przeciw sobie ma jednak prężne związki zawodowe, które do pracy jego poprzednika nigdy nie miały zastrzeżeń. Ich zaufania nie podważyły nawet wyniki kontroli.

- Ja nic nie wiedziałam o tych rzekomych nieprawidłowościach, których miał się dopuścić dyrektor Wiśniewski. On nam o tym nie mówił, bo to nie nasza sprawa. My mieliśmy cel jasny i prosty - ratować ludzi - tłumaczy gazecie Krystyna Radion, przewodnicząca związków zawodowych pielęgniarek w pogotowiu. - Gdybym wiedziała, że coś jest nie tak? Nie wiem, czy bym zareagowała. To nie moja sprawa.

dodany 2008-08-14 09:37 przez lenka

źródło: gazeta.pl

Komentarze:

Nie ma żadnych komentarzy.